Kiedy zaczyna się rozmowa o Słowińcach, to okazuje się, że zaczynamy mówić o kimś, o kim nawet nie do końca wiemy, że istnieli (czy istnieli). To znaczy, byli oczywiście mieszkańcy, choćby takich wsi jak Kluki, ale nie wiadomo (w każdym razie toczy się wokół tego spór). Kto to był (kim byli ci mieszkańcy)? Jaka była ich tożsamość, za kogo się uważali? Czy używali w stosunku do siebie nazwy Słowińcy (Slovinzen) i czy była to nazwa ich własna, czy też narzucona przez sąsiadów z zewnątrz (Niemców)? Czy – jeśli była używana – to była stygmatyzująca, pejoratywna, wstydliwa, pogłębiająca kompleks? No i od kiedy ta nazwa funkcjonowała oraz od jakiego terenu się odnosiła?

Być może jeden z ciekawszych sporów naukowych na gruncie pomorzoznawstwa ostatnich lat dotyczył tych właśnie kwestii. Ale przecież nie spór naukowy tu idzie, lecz o to jakie były losy ludzi których przyjęło się tak właśnie nazywać…

Tak czy inaczej mamy do czynienia z ludnością kaszubsko-pomorską, zachodnio-słowiańską, od XVI wieku wyznania ewangelickiego, która zamieszkiwała terytorium na wschód od granicznych powiatów – ziem bytowskiej i lęborskiej. Jeszcze można by to doprecyzować i powiedzieć, że mowa o ludności ewangelickiej słowiańskiego pochodzenia na terenie powiatu słupskiego, ale nie wolno pomijać faktu, że na całym terenie Pomorza Zachodniego – w Księstwie Pomorskim, a potem w Provinz Pommern mieliśmy do czynienia ze wspólnotą losów Kaszubów wyznania ewangelickiego. Losów, które Józef Kisielewski już przed wojną trafnie określił:  „ziemia gromadzi prochy”.

Los tej ludności przynajmniej od wieku XVIII, a szczególnie w końcu wieku XIX i w I poł. XX zdeterminowany był przez planową, systematyczną, realizowaną odgórnie germanizację (szkoła, wojsko, Kościół), ale w równym stopniu przez spontaniczne procesy akulturacyjne, będące efektem wielowiekowego sąsiedztwa z Niemcami oraz ich atrakcyjności kulturowo-cywilizacyjnej.

Pomimo tego ludność kaszubska na tym terenie trwała. Trwała i fascynowała badaczy już od lat 30 XIX wieku, od czasów Mrongowiusza. Przyjeżdżali tu bardzo różni badacze – Hilferding z Ceynową, Parczewski, Łęgowski, a przede wszystkim Fridrich Lorentz. To dzięki nim możemy niejako „obserwować” proces powolnego zamierania etnosu słowiańskiego na tym terytorium. Dzięki ich badaniom, pisarstwu, publikacjom, archiwaliom … Postawili oni niezwykły pomnik dawnej kultury. Ale jednocześnie jest on poważnym oskarżeniem – Polska pobratymców słowiańskich nad Bałtykiem pozostawiła samych sobie. Niewiele o nich wiedziano i nie bardzo się ich losem przejmowano …

Tymczasem procesy asymilacyjne i modernizacyjne na początku XX wieku uległy ogromnemu przyspieszeniu (celowo łączę je ze sobą!). I… nastąpił rok 1945.

Właściwie to co się stało w wyniku klęski wojennej, przesunięcia granic, powstania nowego. porządku politycznego i uruchomienia ogromnych ruchów ludnościowych przypieczętowało los miejscowej ludności o korzeniach: słowiańskich, kaszubskich, słowińskich czy jak je określimy… Być może wszystko rozstrzygnęło się w pierwszych kilkunastu miesiącach powojennych, gdy miejscowa ludność zderzyła się z napływem osadników, a raczej – szabrowników. Być może wtedy właśnie utrwaliły się postawy, które zdecydowały o niechęci lub też niemożności odnalezienia się w nowych realiach? Świadczyć może o tym choćby relacja pomorskiego językoznawcy, Ludwika Zabrockiego, który dotarł na ten teren w 1946 roku:

” Nie było dla tej sprawy ani zrozumienia, ani zainteresowania. Toteż napływający na teren słowiński Polacy, nie przygotowani i równocześnie powodowani czysto osobistym interesem, zajęli od razu wrogi i niesłychanie krzywdzący stosunek do ludności tubylczej, traktowanej na równi z Niemcami,, [L. Zabrocki, o Słowińcach … , s. 201-202]

Te wyrzuty powracały potem wielokrotnie w różnych artykułach, a szczególnie w licznych artykułach interwencyjnych podejmujących często w drastyczny sposób kwestię krzywd wyrządzonych Słowińcom. S. Wałęga stwierdzał na łamach „Zrzesze Kaszebskji” w 1947r.

„Nieliczni pozostali Słowińcy przeżyli ciężkie czasy. Maruderzy i szabrownicy »zwiedzili« w roku 1945 strony słowińskie tak dokładnie, że dla szabrowników nie ma tam już nic godnego uwagi. Słowińcy po tych »odwiedzinach« zostali bez koni, bez łodzi i sieci i bez taboru rybackiego – wydani na swych beznadziejnych błotach na pastwę głodu, chorób i śmierci” [S. Wałęga, Słowińcy żyją, „Zrzesz Kaszebskó”, 1947, nr 64, s. 2.].  Paradoks polegał na tym, że im gorsze były warunki bytowe miejscowej ludności tym więcej o niej pisano! Już w 1957 roku na łamach „Kaszeb” T. Bolduan pisał, że naliczył blisko 80 tekstów o losie Słowińców i sytuacji w Klukach, co nie wpłynęło jednak w żaden sposób na ich poprawę, Pisano zresztą o tej ludności i okolicy wiele także w późniejszym okresie, często w stylu sentymentalno-patriotycznym albo też interwencyjno-dramatycznym. Sytuacja jednak układała się tak, że wraz z kolejnymi falami emigracji miejscowa ludność rodzima „wyciekała” do Niemiec. A symbolicznym akordem kończącym tę historię była śmierć Hermanna Kotscha…

Udało się jednak zachować wieś – jej fragment i dzięki wysiłkowi wielu ludzi utworzyć muzeum, w którym jesteśmy. Różnie się układały relacje muzeum z dawnymi mieszkańcami, ale – co jest znakiem czasu – ostatnie chyba już ponad 25 lat to powolny, ale systematyczny proces budowania dobrych, sympatycznych i poznawczo bardzo istotnych relacji.

Z tej historii wypływają jednak także prawdy i wnioski, które istotne są nie tylko dla byłych mieszkańców, muzealników czy też miłośników pomorskich dziejów. One mają O wiele bardziej uniwersalny charakter:

1. Dramatyczne były losy ludzi pogranicza. Szczególnie w XX wieku. Tak było na pomorskim pograniczu polsko-niemieckim, ale ileż takich miejsc było i jest w Europie i poza nią! Dramatyzm polegał na konieczności wyboru w warunkach konfliktu lojalności oraz w obliczu groźby utraty własnego miejsca na ziemi (wysiedlenia), własnej tożsamości a czasami także życia.

2. Z tego doświadczenia, które wraz ze Słowińcami dzielili w naszym regionie choćby Gdańszczanie, Kaszubi bytowscy, a po trochu cała społeczności pomorska, wypływa silne wezwanie: pozwólmy ludziom być sobą! Nawet jeśli ich tożsamościowe wybory mogą nas dziwić. Czasami irytować. Śmieszyć. Zaskakiwać. Może nawet wydawać się być groźne. Mimo wszystko – pozwólmy ludziom być sobą, bo gdy państwo i władza bierze się za dokonywanie wyborów za ludzi i narzucanie im tożsamości zawsze prowadzi to do tragedii. Mówię to w kontekście i Kaszub, i Pomorza, i Śląska i innych regionów pogranicznych czy też środowisk mniejszościowych.

3. Ale jednocześnie państwo musi stać na straży właściwych relacji miedzy ludźmi. Być może los Słowińców byłby tutaj inny, gdyby w odpowiednim czasie, odpowiedni ludzie wykonali odpowiednie działania…

4. Mówiąc to mam też pełną świadomość tego, że polityzacja etniczności/narodowości zawsze prowadzi do opłakanych skutków. Najpierw wobec społeczności pogranicznych, ale w konsekwencji także narodowej większości. Przede wszystkim dlatego, że karmi się ona patriotyzmem strachu i wojuje przy pomocy mechanizmu wykluczania, określając: kto ma prawo być np. Polakiem. Ale – żeby była jasność – ten sam postulat dotyczy także środowisk mniejszościowych, które równie mocno są podatne na wirusa nacjonalistycznego dyskursu i mają pokusę, aby mówić, kto może być Kaszubą, Niemcem, Ślązakiem etc.

5. I wreszcie – w trudnych czasach, miejscach i sytuacjach musi być zgodność chęci i możliwości. Przykład słowiński pokazuje, że było wielu (od ks. Jana Zieji przez działaczy kaszubsko-pomorskich, uczonych czy też muzealników, a nawet urzędników), którzy wiele chcieli, ale niewiele mogli. Z drugiej strony było wielu takich, którzy wiele mogli, ale niewiele chcieli. Efekt znamy. Przynajmniej więc teraz starajmy się godzić chęci i możliwości. Wydaje mi się, ze przykład muzeum w Klukach pokazuje iż jest to do osiągnięcia.

3 KOMENTARZE

  1. Witam!
    To wszystko prawda! Trzeba jednak dzisiaj mówić o tym, co można zrobić, ale potomkowie Słowińców dzisiaj za pewnie czują się już Niemcami, więc chyba zbyt późno na refleksję. Niestety po II Wojnie Światowej głos mieli nie ludzie wykształceni, bo tacy bronili Słowińców, ale prości ludzie chcący odszkodowania za swoje krzywdy na Wschodzie, więc krzywdzili braci Słowińców, uważając ich za Niemców, bo Ci już prawie nie znali języka słowińskiego. Nie zapominajmy jednak, że także przez zgermanizowanych słowiańskich Ślązaków wystraszeni Łużyczanie porzucali swój język na rzecz niemieckiego, bojąc się napływowej słowiańskiej ludności niemieckojęzycznej, źle nastawionej do wszystkiego, co kojarzyło im się z polskością i słowiańskością. Jestem jednak jak najbardziej za reslawizacją terenów należących do Słowińców np. w Klukach, ale dzisiaj to już chyba takie działanie nie jest możliwe.
    Serdecznie pozdrawiam!
    Tomasz Olgierd Major
    z Maszewa w Polsce.

  2. Pan profesor oczywiście dobrze wie, że każda (!) etniczność jest polityczna. Inaczej, jest ideą, która powinna odzwierciedlać tożsamość jednostki. Niestety polityka próbuje uniformizować, nadać jedyny możliwy kształt „prawdziwej” etniczności swojej i nieswojej grupie. Między innymi są dążenia jednej grupy mające na celu zawłaszczenie tożsamość innej. Dążenia Polaków i Niemców wobec Kaszubów czy Ślązaków, Ukraińców wobec Łemków, Rusinów, Bułgarów wobec Macedończyków etc. Zatem mamy wybór, czy utrzymywać swoje własne elementy tożsamości i „politycznie” zaznaczać ich znaczenie dla etnicznej tożsamości, czy przyjmować inne obce wzory, a „swoje” elementy traktować jak część obcej kultury. Krótko mówiąc utrzymywać swoje, albo nie. Być Kaszubą, Ślązakiem czy Łemkiem czy też wynarodowić się.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.