Ostatnio mocno zdenerwowało mnie postawienie przez CBA i prokuraturę zarzutów wobec Krzysztofa Kwiatkowskiego jako prezesa NIK, a wcześniej ministra sprawiedliwości, senatora, posła, a także dyrektora gabinetu premiera Jerzego Buzka. Człowieka, który, mimo młodego wieku i osobistych przejść (walka z rakiem), sięgnął po najwyższe stanowiska w państwie dzięki swoim talentom, pracowitości, uczciwości i kompetencjom. Zdobył doświadczenie, które moim zdaniem, pretendują go do objęcia w przyszłości także funkcji premiera.

I nagle tenże człowiek usłyszał (przypuszczalnie z mediów) zarzut przekroczenia urzędniczych uprawnień gdyż wpływał na rozstrzygnięcia w obsadzie kilku (ponoć dwóch) stanowisk w podległej mu instytucji. Okazało się, że od dwóch lat prezes najważniejszej instytucji kontrolnej jest podsłuchiwany przy okazji podsłuchiwania innego polityka – przewodniczącego współrządzącego Klubu Parlamentarnego PSL, posła Jana Burego. Nie wiemy czy rzeczywiście Kwiatkowski przekroczył swoje uprawnienia, gdyż wyrwane z kontekstu cytaty z telefonicznych rozmów bardzo łatwo można zmanipulować. Niemniej wybitny państwowiec, lubiany przez otoczenie, budzący zaufanie ze względu na swój dotychczasowy dorobek, został boleśnie ugodzony. Na szczęście nie śmiertelnie, jak to miało miejsce przed 24 laty w przypadku wybitnego jego poprzednika, pierwszego niekomunistycznego prezesa NIK prof. Waleriana Pańki. K. Kwiatkowski zawiesił pełnienie obowiązków prezesa i zrzekł się przysługującego mu immunitetu, o uchylenie którego, w sposób niewłaściwy, prokuratura zwróciła się do Sejmu.

Przytoczona historia jak i tocząca się sprawa podsłuchów, łącznie z podsłuchiwanym w rządowej willi premierem Donaldem Tuskiem, ukazują poważną chorobę naszego państwa. Przypominam sobie pierwsze z tej serii zdarzeń kiedy to pod, jak się później okazało, pseudo zarzutami, zatrzymany został na dworcu centralnym w Warszawie ówczesny prezes NBP, nieżyjący już, Grzegorz Wójtowicz. Wówczas miałem okazję zapytać w kuluarach Sejmu sprawującego urząd premiera J.K. Bieleckiego: „co jest grane Krzysiu, że prezes NBP potraktowany został prze organy ścigania jak zwykły przestępca?”. Premier Bielecki wzruszył ramionami i poszedł dalej. Myślę, że i dzisiaj pani premier Kopacz wzrusza ramionami, aczkolwiek eliminuje z polityki osoby podsłuchane w znanych restauracjach.

Logika zdarzeń wskazuje, że gra podsłuchami wykonywana jest przez aktualnych lub byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, których zadaniem powinno być nie tylko tropienie rzeczywistych przestępstw, ale także ochrona sprawujących najwyższe urzędy przed nieumyślnym ich popełnieniem. W przypadku prezesa Kwiatkowskiego winno to wyglądać tak, że gdy wpadli na trop jego rozmów z już podsłuchiwanym posłem Burym (to też bardzo dziwny, nie mający swojego końca przypadek) to należałoby przestrzec szefa NIK przed niestosownością takich „dialogów”, a nie czyhać na kolejne jego potknięcie się. Podobnie winno być z historią restauracyjnych podsłuchów. Przede wszystkim powinny być wykryte i zlikwidowane. Natomiast praktyka jest taka, że pozostający w służbach lub na ich obrzeżach, sympatyzujący z PiS-owską opozycją funkcjonariusze wykorzystują posiadaną wiedzę do politycznej gry, a ich szefowie albo nie panują nad sytuacją, albo też są szantażowani przez swoich, byłych lub aktualnych, podwładnych argumentem, że dbają o praworządność, i uzyskują zgodę na puszczanie w ruch całej machiny podsłuchowo-śledczej nakierowanej na wybranych polityków. Ofiarą takich działań, chociaż i własnej niefrasobliwości, ale tylko niefrasobliwości, a nie popełnionych przestępstw padło już wiele osób, a ostatnio: Minister Spraw Wewnętrznych, Minister Sprawiedliwości, Minister Spraw Zagranicznych, Minister Finansów, Minister Infrastruktury i Rozwoju, prezes NBP, prezes NIK i kilku wiceministrów.

Na miłość boską! Czyżby aż tylu najwyższych dostojników państwa, i to z opcji aktualnie sprawującej władzę , miało by być ludźmi nieodpowiedzialnymi, pozostającymi na bakier z prawem? To nie przypadek tylko element bezpardonowej walki politycznej. Doszliśmy w tej materii do absurdu, który skutkuje tym, że ludzie pełniący funkcje publiczne boją się ze sobą rozmawiać, boją się podejmować trudne decyzje, a w kontaktach telefoniczno-sms-owych pomijają kwestie, które mogłyby stanowić jakikolwiek pretekst dla służb, bo muszą zakładać, że są podsłuchiwane i, że mogą być obiektem prowokacji.

Jan Król, 07.09.2015.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.