Nieodrobiona lekcja - GazetaKaszubska.pl

Nieodrobiona lekcja

My dzieci swoich rodziców nie zawsze w latach naszego dzieciństwa, młodości, wsłuchiwaliśmy się w opowieści, które próbowali nam oni przekazywać.
Nieodrobiona lekcja Ewa Horanin
 
Przedsiębiorczyni, działaczka społeczna.
03 lutego 2014r.

Moja mama ma już 90 lat, wiek piękny tylko wtedy kiedy jest się sprawnym i pomimo tego, że jest pełna życia, interesuje się „co w trawie piszczy” starość jest czasami nie do pokonania.

Bywają lesze i gorsze dni. Korzystając, że miewa więcej tych lepszych dni, i namówiona przez kolegę poprosiłam ją o wspomnienia .  Jak to było, gdy oboje z moim tatą przyjechali do Łeby?

 Czyli odrobiłam lekcję, którą nie odrobiłam w młodości … bo były inne „ważniejsze sprawy na głowie”.

Moja mama w kiosku z lodami przy hotelu Neptun.

Moja mama w kiosku z lodami przy hotelu Neptun.

Mój tata pochodził z małej wioski na Kociewiu – Brzusce, kilkanaście kilometrów od Pelplina.

Mama zaś ze wschodniej części naszej dawnej Ojczyzny z Tamanowic  k/Lwowa

Ojciec taty był sołtysem, później tą funkcję objęła moja ciocia Jadwiga, jej syn Janusz a do dziś sołtysem jest jego żona Ewa.

Ojciec miał 9-cioro rodzeństwa, każdy z nich otrzymało staranne wykształcenie, każde z nich grało na jakimś instrumencie. Za czasów zaborów część starszego rodzeństwa mojego taty jak i on sam chodziło do niemieckiej szkoły. W domu mówiono, pisano i czytano po polsku. Z niedowierzaniem, czytając listy od moich ciotek i stryjów patrzałam na piękną kaligrafię, której nas już nie uczono.

Pomimo zaborów każdy brat mojego ojca (jak im się to udało?) był w polskim wojsku

Dzisiaj już nikt nie odpowie mi na to pytanie …

Ojciec był średnim synem swoich rodziców, chyba 6 – tym dzieckiem.

Moi rodzice po zawieruchach wojennych poznali się na Dolnym Śląsku w Jedlinie Zdroju.

Ojciec pracował w fabryce porcelany, jako magazynier, mama pracowała w barze, jako bufetowa a dzisiaj zawód ten nazywany jest – barmanka.

Mój tata przy maselnicy.

Mój tata przy maselnicy.

Tata mając taki wyuczony zawód i miłość do tego zawodu postanowił zatrudnić się w mleczarni.

Moi rodzice przyjechali do Łeby w marcu 1950 roku, najpierw przejechał tata, a później dołączyła mama.

Wybrali małe mieszkanko na ulicy Derdowskiego, sądząc, że długo w Łebie nie pobędą. …

Tata dostał pracę jako serowar, przeniesienie służbowe z miejscowości Trzepowo, a międzyczasie uruchamiał linie produkcyjne we Wrocławiu i Przywidzu.

Mleczarnia, którą i ja pamiętam(, ale już nie w czasie jej prosperity) znajdowała się przy ulicy 11-go Listopada (naprzeciw Biblioteki Miejskiej), tam gdzie dzisiaj mieści się sklep P. Wojtka Śnioszka.

Był to okazały budynek z rampami do odbioru lub transportu produktów.

Z tego, co powiedziała mi i zapamiętała moja mama w mleczarni pracowało kilku pracowników.

Kierownikiem w ówczesnych czasach był P. Runowski, zastępcą P. Fryza, pracował tu także P.W Dzietczyk, Arnold Schwichtenberg (obsługiwał maselnicę), który żyje do dziś w Niemczech i który w okresie stanu wojennego był naszym „dobrym aniołem”.

Mój tata jako serowar robił sery – śniadaniowe, pleśniowe, przyjmował mleko, badał jednostki (czyli % tłuszczu).

Na owe czasy mleczarnia pracowała pełna parą. Produkowano tu twaróg, masło, sery, a w lecie lody.

Mleko skupowano od gospodarzy z Gac, Wrześcia, Nowęcina, Sarbska, Żarnowskiej.

Odbywało się to tak, że gospodarze z danej wsi zwozili mleko do jednego z nich, zabierał je jeden woźnica na platformę (furmankę) i dostarczał do mleczarni.

Mój tata z przyjacielem Arnoldem w środku P. Janeczka.

Mój tata z przyjacielem Arnoldem w środku P. Janeczka.

Produkty takie jak sery, twaróg, masło i nawet lody wywożono pociągiem w stronę Lęborka.

Jako ciekawostkę mogę podać, że tygodniowo robiono do 9 beczek masła, po 30 kg każda.

Sama zaś mleczarnia miała swój sklep nabiałowy na ulicy Kościuszki ( kierowniczką była P. Biernad), dwa punkty z lodami, przy hotelu Neptun i w parku Rybaka.( w jednym z nich przez pewien czas pracowała również moja mama)

Z tyłu mleczarni znajdował się skład serów, które dojrzewały i jak pamięta mama były wielkie jak koła.

Kiedyś, ktoś „ u góry „ podjął decyzję, że taka mleczarnia nie jest Łebie potrzebna, odeszło z niej kilku kolegów ojca i on sam.

Zamiast mleczarni powstała tzw. zlewnia mleka, wywieziono maselnicę prawdopodobnie do Lęborka. Aby tego dokonać trzeba było rozbić ścianę, była ona bowiem bardzo ogromna.

Jak sobie przypominam w naszym domu szczególnie latem robiło się napoje z mleka  -kefir, serwatkę, maślankę, (którą uwielbiałam do dziś), królował dobry twaróg.

Po tamtych czasach pozostał w naszym domu termometr mleczarski, kanka pół litrowa do badań i umiejętność zrobienia z twarogu sera pleśniowego, dzisiaj mówi się chyba o nim Brie…?


Opublikowano w: Komentarze i opinie
Tagi: ,
 
Komentarze do artykułu (dodaj własny »).

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu.
Jeżeli masz ochotę, rozpocznij dyskusję.
Skorzystaj z formularza znajdującego się poniżej.

Dodaj komentarz