Niezwykły jasnowidz z Gdańska

18 października 2012r. | Drukuj

Przepowiedział dwie wojny światowe i tragiczne wydarzenia, które być może dopiero nadejdą. Przez jednych uznawany za mesjasza, przez innych za szarlatana. Kim był Bruno Gröning z Oliwy?

fot. www.bruno-groening.org

Urodził się 31 maja 1906 r. w Oliwie, jako czwarte z  siedmiorga dzieci polsko-niemieckiego małżeństwa Augusta i Margarete Gröning, które zamieszkało wkrótce na pierwszym piętrze domu przy dzisiejszej Zajęczej 1. Po ukończeniu szkoły podstawowej Bruno rozpoczął naukę w szkole handlowej.  Jednak po dwóch latach, zmuszony przez ojca, musiał ją przerwać. Murarz chciał, aby syn także nauczył się rzemiosła budowlanego. W taki sposób został Bruno cieślą.

Dom przy ul. Zajęczej 1, w którym mieszkał z rodziną Bruno Gröning / fot. Milena Misztal

W czasie drugiej wojny światowej został powołany do  Wehrmachtu. Z powodu odmowy strzelania do ludzi, zagrożono mu sądem wojennym.  W końcu jednak wysłano go na front. Został ranny, dostał się do niewoli   rosyjskiej i w roku 1945 przyjechał do Niemiec Zachodnich. Utworzył w Dillenburgu Związek Pomocy dla Przesiedleńców. Tu zaczęli zgłaszać się do niego z prośbą o pomoc  chorzy.

W marcu 1949 roku wyjechał do Herford.  Wiele razy przemawiał do mas ludzi w  Viersen. Jednak dopiero spotkanie Brunona z niezliczonymi tysiącami   ludzi przed folwarkiem konnym (Traberhof) koło Rosenheim było wydarzeniem o    największej sile–codziennie przychodziło do niego do 30 tysięcy cierpiących.

– Zobaczyłam kobietę, która odrzuciła swoją kulę   i znowu mogła chodzić, albo mężczyznę, który przeskoczył przez zagrodę dla  koni. Okazało się, że był inwalidą wojennym. Pokazał mi nawet swoją   legitymację  – wspomina Christa Hinz,   świadek wydarzeń pod Rosenheim z 1949 r.

Gröning nie nakładał rąk, nie chciał słuchać o chorobach,   mówił tylko o Bogu; o tym, że to właśnie on uzdrawia. Twierdził, że boży  prąd – jak określał uzdrawiającą siłę – jest dostępny dla każdego, kto    zechce go przyjąć i poprosi o to.W 1954 r. władze zażądały, by uzdrowiciel zdał specjalny egzamin. Gröning nie przystąpił do niego, czego efektem stał się zakaz    działalności na obszarze Niemiec. Nadal przyjmował chorych, za co Niemcy    stawili  go przed sądem.W 1958  r.  Bruno Gröning usłyszał od paryskiego onkologa, że ma zaawansowanego raka żołądka. 26 stycznia 1959 r.   syn murarza z Oliwy zmarł w Paryżu. Według tych, którzy wierzyli w moc   uzdrowiciela przyczyną śmierci był zakaz uzdrawiania  chorych.

-Wszyscy ludzie muszą umrzeć, ja  także. Moje ciało spocznie w ziemi, ale nie będę martwy. Jeśli ktokolwiek   mnie zawoła, otrzyma pomoc i uzdrowienie – powiedział jeszcze przed  śmiercią.Grób uzdrowiciela w Dillenburgu jest do dziś odwiedzany przez jego zwolenników. Tak samo jak miejsce jego narodzin w Gdańsku Oliwie, gdzie wyznawcy przyjeżdżają „czerpać energię”.

Kapliczka przy końcu ul. Zajęczej w Oliwie. Tu gromadzą się członkowie Kół Przyjaciół Gröninga / fot. Milena Misztal

Dzisiaj nauka  Brunona Gröninga przekazywana jest w  ramach kół przyjaciół, powstających na całym świecie. Wynika z niej, że   człowieka można uleczyć za pomocą uzdrawiającego   prądu, pochodzącego od Boga. Według Dominikańskiego Ośrodka  Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach w Gdańsku, jest to   destrukcyjna grupa, wykorzystująca chorobę, niemoc, tragedię do wyciągania pieniędzy.    Najwięcej funduszy koła zarabiają na sprzedaży    przenoszących energię zdjęć guru. Członkowie Koła Przyjaciół  Gröninga obiecują wyleczyć każdego z każdej  choroby – wystarczy przytulić zdjęcie jego przywódcy i obejrzeć film jemu  poświęcony. Poza tym nie wolno chodzić do lekarza, bo choroba może wrócić.Pani Ola Dominik – była  uczestniczka spotkań Koła Przyjaciół Gröninga z przerażeniem wspomina tamten okres:

– Zmienił się całkowicie mój  sposób myślenia. Wszędzie widziałam jakieś znaki, miałam wrażenie, że  funkcjonuję na innej płaszczyźnie niż dotychczas. Zostałam ponownie ochrzczona, nadano mi nowe imię.

Zdania egzorcystów nie są w tej kwestii podzielone – ruch  Brunona Gröninga to inicjacja spirytystyczna, której celem jest dawanie   nadziei chorym i nieszczęśliwym – a wszystko to w imię miłości do Boga.

Według doktora nauk teologicznych Mariana Pułtuskiego, najbardziej niepokojące i jednocześnie najbardziej niebezpieczne we wszelkich ruchach oferujących   rzekome uzdrowienie jest odwoływanie się do mocy Boga. W ten sposób dochodzi do „uwodzenia” wielu ludzi, którzy prawdopodobnie w  innym wypadku nigdy by się do takiego ruchu czy uzdrowiciela nie zwrócili. Kościół katolicki podaje kilka wskazówek, które pozwalają odróżniać czy mamy  do czynienia z rzeczywistym działaniem Boga, czy też jedynie z oszustwem,  bądź działaniem mocy Bogu całkowicie przeciwnej.

– Jedną z nich jest obserwacja czy dany „uzdrowiciel” odwołuje się do osoby Jezusa Chrystusa, czy powołuje się na Niego jako rzeczywistego sprawcy uzdrowienia (a nie, jak w przypadku Koła Przyjaciół Brunona Gröninga, gdzie mowa jest jedynie o enigmatycznym Bogu miłości) – dodaje dr Marian Pułtuski.

Milena Misztal


Opublikowano w: PublicystykaTrójmiasto
Tagi: , , , , , ,

Zapraszamy ponownie na www.gazetakaszubska.pl
Kontakt: redakcja@gazetakaszubska.pl

Czytaj także

Na razie jest tylko jeden komentarz (dodaj własny »):
  1. Wpadła mi w ręce broszurka tego ruchu.
    Jestem katolikiem mającym jakąś własną relację z Bogiem i jest mi z tym dobrze. Nie zamierzam tego zmieniać.
    Jednak w poszukiwaniu informacji o Groeningu trafiłem w internecie na mnóstwo porażająco wręcz infantylnych komentarzy katolickich moralistów i teologów. Te z końca tego artykułu są podobne. Podobnie nieudolny, infantylny, rozlany i miałki intelektualnie jest obfity artykuł dominikańskiego ruchu informacji o sektach, którego ostrzeżenia o duchowych zagrożeniach niejeden ateista z pełnym powodzeniem mógłby odnieść do katolicyzmu czy w ogóle chrześcijaństwa (rozummianego jako działającej w świecie „instytucji” duchowo-filozoficznej).

    Przyjrzyjmy się człowiekowi. Ecce Homo!
    1. Młody Gronkowski odmawia strzelania do ludzi (tak samo jak kandydat na ołtarze Otto Schimek).
    2. Chechuje go umiłowanie przyrody i miłość do człowieka i zwierząt jak św. Franciszka z Asyżu. 3. Gronkowski mówi o Bogu i Jego uzdrawiającej mocy jak każdy kaznodzieja i chrześcijanin
    4. I jak Kirko i Carmen (bożyszcze, choć zupełnie nie nieskazitelni legalnie działających w kościele katolickim ruchów charyzmatycznych skrywających się pod szyldem Ruchów Odnowy w Duchu Świętym) z czasem zyskuje grono zwolenników, by nie powiedzieć – wyznawców czy czcicieli.

    Prawdopodobnie katolicki ojciec i protestancka matka Gronkowskiego spowodowały, że wytyczył sobie własne wyobrażenie chrześcijaństwa, mocno protestanckie (podobnie jak korzenie katolickich charyzmatyków którzy wywodzą się od zielonoświątkowców) a zarazem mające w sobie coś mocno katolickiego: kult świętych – wybranych przez Boga pośredników pomiedzy szarym człowiekiem a Stwórcą, upraszających u Boga łaski dla grzesznika.

    Nie widzę w opisach Gronkowskiego i jego zwolenników nic nagannego, poza oczywiście pewnymi charakterystycznymi przegięciami – jak wkładanie pod bandaże obrazków – ale dobrze wiemy, że niejedna katolicka babcia robi zapewne to samo, tyle że tu Groeninga zastąpi jakiś inny katolicki święty lub inny święty obrazek.

    Moim zdaniem Gronkowskiego „pech” polegał w gruncie rzeczy na nie byciu ani katolikiem ani protestantem – nie został więc „przygarnięty” jako swój ani przez jednen, ani przez drugi Kościół. A trzeba tu przyznać, że szczególnie scentralizowany Kościół Katolicki nie toleruje mniej lub bardziej autentycznych mistyków działających poza jego obrębem i kontrolą. Gdyby losy tego człowieka potoczyły się inaczej i założył wspólnotę w ramach Kościoła katolickiego, niewątpliwie przez księży byłby stawiany za wzór do naśladowania i wielka osobowowość. Nawet niewątpliwy zgrzyt w jego życiorysie jakim był rozwód po śmierci jedynych jego dzieci i powtórne małżeństwo – dałoby się przecież „załatwić” bez problemu w obu teraz już Kościołach – w katolickim poprzez orzeczenie „sądu biskupiego” Kurii o „nieważności [pierwszego] małżeństwa” i rodzaj szczególnego powołania do sł€żby Bożej. Jako katolik być może nawet byłby już kandydatem na ołtarze, jak Otto Schimek.

    Jako protestant byłby jeszcze jednym szanowanym kaznodzieją.

    Tymczasem jest odpowiednikiem świętego, z całą charakterystyczną dla katolickich świętych i ruchu charyzmatycznego otoczką, i jest pośrednikiem między Bogiem i ludźmi dla grupy Niemców – rodaków Marcina Lutra, który zbyt pochopnie – choć rozumiem poniekąd szlachetność jego intencji – odrzucił kult świętych jako pośredników miedzy człowiekiem i Bogiem.

    W samej postaci nie ma niemal z pewnością nic ani spirytystycznego jak plecie ten chyba jednak niedouczony teolog pod koniec artykułu, ani prawdopodobnie nic demonicznego – przeciwnie: przeplata się tu zwyczajny codzienny, znojny i niosący dramatyczne życiowe losy katolicyzm, tak uznawany i dowartościowany przez Kościół (razem ze swoimi wszystkimi przegięciami wiary charakterystycznymi dla prostych ludzi i prostych księży) oraz wspólnotowo-charyzmatyczne (a więc współcześnie obecny też i w kościele katolickim) protestanckie podejście do wiary, uzupełnione tu o zaczerpnięty z katolicyzmu kult świętych – pośredników do wyjednania łask u Boga.

    Dobry, może nawet – zbyt mało i nim wiem – ponadprzeciętnie dobry człowiek, z tęsknotą do wiedzy, filozofii, dobra i ppoukładanego wg bożych praw świata, o poharatanym pochodzeniu i życiorysie.
    Bóg wie dobrze, jak go przyjąć i jakie miejsce u siebie wyznaczyć.
    Nam pozostaje tylko milczenie i refleksja nad losem człowieka, narodów.
    I może jeszcze religijności zinstytucjonalizowanej, która czasem ma pokusę upajania się samą sobą i szufladkowania innych z wyłączeniem głebszego, opartego o miłość bliźniego i nie osądzanie innych, uczciwego podejścia do losów jednostek nie należących do własnej wspólnoty danej instytucji.

Dodaj komentarz